(fot. Dan Deverell)
Dziś, po długiej przerwie post muzyczny. Miałam pisać o
czymś innym, ale o tym następnym razem. Przełom listopada i grudnia koncertowo
wynagrodził mi szarą rzeczywistość, jaką jest życie i nieciekawa praca
kilkanaście kilometrów od centrum Manchesteru. Nie chcę w tym momencie
narzekać, ale mieszkanie w dziurze niedaleko Manchesteru to nie to samo, co
życie w Manchesterze, dlatego niedługo w tej kwestii nastąpią tak upragnione
przeze mnie zmiany. Nawet jeśli będzie do przeprowadzka w ciemno. Ale wracając
do tematu…
Zakładając tego bloga miałam w głowie pomysł, by od czasu do czasu dzielić się
tutaj muzyką, którą słucham. Nie jest to pop ani rap, choć od dobrych
wykonawców tych gatunków nie stronię. Muzyka, która uwielbiam jest popularna, ale
raczej w wąskim gronie odbiorców ;) Ogółem jest to hardcore/punk i metal, choć
mam wrażenie, że lepsze byłoby określenie tych nurtów jako muzyki ekstremalnej, a już na
pewno jako muzyki zaangażowanej. Społecznie, życiowo. Z przesłaniem, które
znajduję w tekstach i które wpływa na moje poglądy i widzenie świata.
Ciężkiej muzyki słucham już od prawie 15 lat i nic nie zapowiada, że to zmieni. Niezmienny też pozostanie chyba mój ulubiony od 2006 roku zespół, który 2 tygodnie temu miałam okazję zobaczyć na żywo po raz czwarty. CONVERGE. Jedno słowo, kryjące w sobie wszystkie elementy, które kocham w muzyce. Energia, poświęcenie, moc, brzmienie, melodie i teksty. Na przestrzeni lat, od czasu gdy po raz pierwszy usłyszałam Eagles Become Vultures, dokonania tego zespołu stały się dla mnie czymś kultowym a wokalista Jacob Bannon jest dla mnie pewnym wzorcem do naśladowania. Nic tak bezpośrednio nie przemawia do mnie jak jego twórczość muzyczna i wizualna a jego wypowiedzi tylko potwierdzają, jak porządnym i po prostu mądrym człowiekiem jest. Ale dziś skupię się na ostatnim koncercie.
Koncert Converge był moim pierwszym koncertem na emigracji i pierwszym po ponad rocznej przerwie (ostatni raz w Polsce wybrałam się na Behemotha i Blindead w Katowicach). Wynagrodził mi cały ten czas posuchy gigowej. Panowie mimo upływającego czasu wciąż są w życiowej formie, a utwory z najnowszego albumu „All We Love We Leave Behind” świetnie brzmią na żywo. Koncert zaczął się od rozgrzewki Bannona, który sprawiał wrażenie jakby szykował się do wyjścia na ring bokserski. I w istocie tak było, bo ich set rozpoczął się od nie-ma-zmiłuj, czyli „Concubine”. I gdyby nie barierki, to mielibyśmy istny (przepraszam za wyrażenie) rozpierdol na scenie. Ale i tak było gorąco. Setlista była dobrze ułożona, choć mi zabrakło jednego z moich ulubionych utworów – „Lonewolves” czy „No Heroes”. Bardzo podobało mi się „Empty On The Inside”, zresztą to jeden z najlepszych dla mnie kawałków na AWLWLB. A sam kawałek tytułowy ma w sobie tyle emocji, że ciężko tego spokojnie słuchać w domu, a co dopiero na koncercie. Do tego wszystkiego doszła super atmosfera, którą zapewnił sam zespół. Muzycy autentycznie się cieszyli, że grają tego wieczoru, Bannon co chwilę pozwalał sobie żarty i nawet z odpowiednią sobie ironią skomentował tutejszy angielski akcent, który do zrozumiałych raczej nie należy ;) Cały koncert wywołał uśmiech na mej twarzy i pozwolił zapomnieć o tym, co szare i nudne na co dzień. W moim prywatnym rankingu koncertów Converge, ten miniony plasuje się wysoko:
I. Converge – Warszawa 2008
II. Converge – Manchester 2011
III. Converge – Kraków 2010 & Converge – Praga
2008
(fot. Jas Murray)
Pierwszy
koncert zespołu w Polsce w Warszawie zostawił trwałe ślady na mojej psychice i
ciele. Z koncertu wyszłam z krwiakami na udach (uroki bycia wgniecioną w scenę
przez napierający tłum) i zrytym mózgiem ;) To, co tam przeżyłam jest nie do
opisania, także szerzej opisywać tego nie będę. W Pradze usłyszałam na żywo legendarne
„Jane Doe” i gdyby nie żałosna,
niebawiąca się czeska publika, to ten koncert byłby fenomenalny. Kraków był
również świetnym ich występem, ale nie zmasakrował mnie aż tak, jak 2 lata
wcześniej warszawski ;) Myślę, że o Converge napiszę jeszcze kiedyś szerzej, bo
warto zapoznać się z ich twórczością, choć zdaję sobie sprawę, że jest to
muzyka specyficzna, niesztampowa i ciężka w odbiorze dla osób niesiedzących w
klimacie.
Na
koniec wypadałoby wspomnieć, że Converge swoimi występami poprzedzili The
Secret, A Storm of Light i Touche Amore. Każdy zespół z trochę innej bajki, ale
każdy warty uwagi. Wszystkie te kapele lubię i tego wieczoru zaprezentowały się
doskonale, no może z wyjątkiem The Secret, którzy mieli niewdzięczne zadanie
grania jako pierwsi.
Z klubu wróciłam z nabytkiem w postaci najlepszej koszulki świata:
A dwa dni później pojechaliśmy do Londynu ;)





No comments:
Post a Comment